Ocean zaczyna się od kropli, historia zaczyna się od słowa.

Ocean zaczyna się od kropli, historia zaczyna się od słowa.
Ocean zaczyna się od kropli, historia zaczyna się od słowa.

środa, 18 marca 2015

Taki tam mały fanfik :)

Jakub powoli otworzył małe oczka. Świat rozpływał się za mgłą. Nie pamiętał, kiedy ostatnio alkohol tak szybko zwalił go z nóg – chyba jak tatko przyuczał go do zawodu bimbrownika. „Co żeśmy wczoraj degustowali z Semenem?” zastanawiał się skonfundowany. „I tylko jeża przelecieć się nie daaaa” zanucił bezmyślnie pod nosem. I wtedy doleciał do niego błogi zapach jabłkowego alkoholu i subtelne, niczym dźwięk kolubryny, pochrapywanie. Jakub niczym poparzony wyskoczył z łóżka i stwierdził, że jest nagi. Stał jak ogłuszony obuchem – wspomnienia wróciły.

Siedzieli z Semenem i dyskutowali na temat pucharu. Kupili go na pchlim targu od jednego takiego wypłosza w okularkach. Z brytyjskim akcentem próbował im wmówić, że to zwykłe portki - nierozgarnięty jakiś, czy co? Kupili kielich tylko z ciekawości - młody nie chciał za niego dużo, a obietnica niezwykłych przygód była kusząca.
- Ja bym nie ufał tym zachodnim wynalazkom – sarkał Semen. – Kto wie, gdzie nas to cholerstwo zaniesie.
- Toż właśnie ten dreszczyk niepewności cenimy sobie najbardziej. Ja bym zaryzykował.
-„Stąd odwrotu nie ma już” – Semen zanucił motyw ze znanego musicalu. – Dobra, łapiemy razem, na trzy.
- Raz, dwa, trzyyyy…

Z brzydkim blopnięciem wciągnęło ich do pucharu. Wylądowali w jakiejś kuchni. Brzydki, jednooki kocur prychnął i uciekł w popłochu…

„No tak. Wylądowaliśmy w kuchni, a potem zaatakowała nas ta okropna starucha…”
- Tylko nie starucha – wydarła się zza ściany Babcia Weatherwax. Ciszej zaś kontynuowała – Panie Semenie, proszę niech pan opowiada dalej o tym Rasputinie. Wydaje mi się, że nieźle mu się poprzestawiało pod sufitem.

Jakub wspominał dalej: „…a po niej pojawiła się ta przecudnej urody pani Ogg i poczęstowała nas domowej roboty cydrem jabłkowym. Mocne świństwo. A potem…”
- Kubuś wracaj do łóżka – zamruczała kobieta, przeciągając się rozkosznie do wtóru symfonii zgrzytu sprężyn. - Już idę Gythuś – odpowiedział całkiem już rozbudzony i trzeźwy Jakub. Dobrze, że zawsze przy sobie miał zapas ukraińskiej wiagry. Co jak co, ale Gytha Ogg jeżem nie była na pewno.

wtorek, 17 marca 2015

Energia

Kiedy przyjechałem dziś na swoją zmianę od razu poczułem, że coś jest nie tak. Nie wiem, czy zmieniła się faktura powietrza, a może jego smak? Niby wszystko było zwyczajne, jak co dzień – kolory, kształty, zapachy, wibracje…a jednak wzdłuż kręgosłupa przetoczył mi się zimny dreszcz. Podobno promieniowanie wyostrza zmysły – czyżbym pracował tu już na tyle długo, by tego doświadczyć? Zamknąłem oczy, policzyłem do pięciu. Chęć natychmiastowej ucieczki została opanowana. Ruszyłem do szatni. Standardowe procedury: mycie, witaminy, strój ochronny i mogłem dołączyć do kolegów obsługujących reaktor numer trzy.

Radio nastawione na full grało jakiś smętny szlagier sprzed lat. Inżynier, Fizyk oraz Baryła śmiali się z jakiegoś żartu. Przywitałem się i dokonałem pospiesznej oceny zegarów kontrolnych. Wszystko grało. Resztki napięcia opadły. Zrelaksowałem się i dołączyłem do reszty. Rozpoczęliśmy codzienny obchód. Sprawdzaliśmy właśnie rdzeń, gdy nagle coś stuknęło i przyrządy zwariowały. Setki razy rozważaliśmy ten scenariusz, a jednak każdy po cichu liczył, że się nie wydarzy. Nie dziś, nie na jego zmianie.

- Chłodzenie siadło – krzyknął Baryła,  a ja zamarłem, bo nagle mnie olśniło. Mamy środek lata. Po wyjściu z klimatyzowanego wnętrza auta zawsze dopadała mnie kakofonia bzyczenia, szmerów i gwizdów. A dziś cisza. Doskonałość natury - owady bezbłędnie wyczuły nadciągające niebezpieczeństwo nim jeszcze nadeszło.  Zrozumiałem, że dla nas to koniec. Szanse reszty ludzi malały z każdą sekundą. Podniosłem słuchawkę i wykręciłem numer ochrony.
- Alarm pierwszego stopnia – wychrypiałem gardłem suchym jak wiór.
- Ile czasu?
- Najwyżej pół godziny, ewakuujcie ludzi. Damy wam kilka dodatkowych minut.


Rzuciłem słuchawkę, nie czekając na słowa litości. Energia atomowa to kapryśna suka, a my – jej kochankowie – gotowi byliśmy jej służyć, chociaż wiedzieliśmy, że pewnego dnia nadejdzie czas rozliczenia. Ale tanio skóry nie sprzedamy…