Kiedy przyjechałem dziś na swoją zmianę od razu poczułem, że
coś jest nie tak. Nie wiem, czy zmieniła się faktura powietrza, a może jego
smak? Niby wszystko było zwyczajne, jak co dzień – kolory, kształty, zapachy,
wibracje…a jednak wzdłuż kręgosłupa przetoczył mi się zimny dreszcz. Podobno
promieniowanie wyostrza zmysły – czyżbym pracował tu już na tyle długo, by tego
doświadczyć? Zamknąłem oczy, policzyłem do pięciu. Chęć natychmiastowej
ucieczki została opanowana. Ruszyłem do szatni. Standardowe procedury: mycie,
witaminy, strój ochronny i mogłem dołączyć do kolegów obsługujących reaktor
numer trzy.
Radio nastawione na full grało jakiś smętny szlagier sprzed
lat. Inżynier, Fizyk oraz Baryła śmiali się z jakiegoś żartu. Przywitałem się i
dokonałem pospiesznej oceny zegarów kontrolnych. Wszystko grało. Resztki
napięcia opadły. Zrelaksowałem się i dołączyłem do reszty. Rozpoczęliśmy
codzienny obchód. Sprawdzaliśmy właśnie rdzeń, gdy nagle coś stuknęło i
przyrządy zwariowały. Setki razy rozważaliśmy ten scenariusz, a jednak każdy po
cichu liczył, że się nie wydarzy. Nie dziś, nie na jego zmianie.
- Chłodzenie siadło – krzyknął Baryła, a ja zamarłem, bo nagle mnie olśniło. Mamy
środek lata. Po wyjściu z klimatyzowanego wnętrza auta zawsze dopadała mnie
kakofonia bzyczenia, szmerów i gwizdów. A dziś cisza. Doskonałość natury -
owady bezbłędnie wyczuły nadciągające niebezpieczeństwo nim jeszcze
nadeszło. Zrozumiałem, że dla nas to
koniec. Szanse reszty ludzi malały z każdą sekundą. Podniosłem słuchawkę i
wykręciłem numer ochrony.
- Alarm pierwszego stopnia – wychrypiałem gardłem suchym jak
wiór.
- Ile czasu?
- Najwyżej pół godziny, ewakuujcie ludzi. Damy wam kilka
dodatkowych minut.
Rzuciłem słuchawkę, nie czekając na słowa litości. Energia
atomowa to kapryśna suka, a my – jej kochankowie – gotowi byliśmy jej służyć,
chociaż wiedzieliśmy, że pewnego dnia nadejdzie czas rozliczenia. Ale tanio
skóry nie sprzedamy…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz